piątek, 26 września 2014

Waszyngton - miasto joggingu.

Moi Drodzy! W środę wróciłam do szarego Krakowa. Szarego, bo pogoda jest iście jesienna. Temperatura przygnębia, szare niebo i chmury również i aż wierzyć się nie chce, że jeszcze we wtorek spacerowałam po raz ostatni ulicami dolnego Manhattanu w koszulce z krótkim rękawkiem, wystawiając twarz do słońca i popijając jakże wszystkim znaną Pumpkin Spice Latte ze Starbucksa. Do starej rzeczywistości wracam z lekkim oporem i bardzo powoli. Ale z czasem się przyzwyczaję. A za rok być może znów mnie gdzieś poniesie za Ocean ;)
Póki co mam dla Was ogromną porcję zdjęć z miejsc wszelakich, planuję post o amerykańskim jedzeniu i być może o samym Work&Travel, bo może trafi tu jakaś zbłąkana studencka dusza, która będzie szukała pomysłu na niezapomniane wakacje. Do kuchni wracam wkrótce, pomysłów mam sporo, muszę tylko wrócić na właściwe tory funkcjonowania (póki co 'niewielki' jet lag daje się we znaki, w nocy śpię zaledwie kilka godzin, nadrabiam drzemkami za dnia) i wezmę się do roboty, apromys!


W pierwszym wpisie po powrocie chcę wrócić do początków września, kiedy to wraz z kolegą z Tajwanu wybraliśmy się na wycieczkę do Waszyngtonu, stolicy kraju masłem orzechowym stojącego. Waszyngton jest miastem niesamowitym. W dzień naszego wyjazdu na zewnątrz panował niemożliwy upał, powietrze było nieruchome, ze względu na kompletny brak najmniejszego nawet powiewu wiatru, słońce bezlitośnie przyświecało, ale żadne z tych warunków atmosferycznych nie zniechęcało mieszkańców Waszyngtonu do joggingu. Biegaczy można było spotkać wszędzie i o każdej godzinie. Spacerując od jednego zabytku do drugiego, wachlując się koszulką, podziwiałam determinację i idealnie zbudowane ciała waszyngtońskich kobiet, mężczyzn i młodzieży wszelakiej. Zdjęć biegaczy nie mam, musicie więc uwierzyć na słowo. Mam za to milion zdjęć miejsc, w których koniecznie chciałam być i byłam. 


Do Waszyngtonu przyjechaliśmy wynajętym samochodem. Nawet przy podziale kosztów na dwie osoby opłacało się to bardziej niż podróż autobusem jakimkolwiek. Benzyna w Stanach jest tania jak barszcz, drogi w takim stanie, że żal nie skorzystać z przyjemności jazdy (choć jazda jest nieco nużąca, nawierzchnia idealnie prosta, nie ma strachu, że na pierwszym lepszym zakręcie zgubicie koło, jak to czasem bywa w Polsce ;) ). Zaparkowaliśmy w okolicy Union Station (cena parkingu za cały dzień $20, polecam jednak pilnować godzin otwarcia, ponieważ przez nasze gapiostwo już prawie układałam się do spania na ulicy, o 19:30 wrota do parkingu zamknięte, drzwi do budynku takoż, dziękuję losowi, że jakiś niedobitek akurat wyjeżdżał i brama jednak zechciała się otworzyć) i stamtąd ruszyliśmy na chyba najdłuższy w moim życiu spacer. Ruszyliśmy w kierunku Kapitolu. Po drodze przemiły policjant wziął nas za idiotów, ponieważ zatrzymaliśmy się na moment, żeby sprawdzić na mapie, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku. Pech chciał, że zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie akurat przejście tą stroną drogi było zamknięte. Policjant krzyknął do nas, że możemy iść dalej, ale drugą stroną ulicy i to, że chodnik jest zastawiony wcale nie oznacza, że nie możemy przejść na drugą stronę. Dziękuję, Panie Policjancie, cenna uwaga. Po kilkudziesięciu minutach spaceru dotarliśmy w końcu do naszego pierwszego celu. Kapitol jest ogromny i robi podobne wrażenie. Do środka nie wchodziliśmy, jednakże jest to jak najbardziej możliwe. Wycieczka jest darmowa, bilety można zarezerwować na stronie internetowej. Zaczyna się kilkunastominutowym filmem, a w całości trwa ok. godzinę. Godziny wycieczek po Kapitolu: Poniedziałek-Sobota 8:50-15:20. Więcej informacji znajdziecie na stronie internetowej.


Spod Kapitolu udaliśmy się w kierunku najbardziej znanego mi obelisku, czyli Washington Monument. Po drodze zrobiliśmy dwa przystanki w muzeach. Pierwszym było muzeum Indian Amerykańskich, w którym głównie podziwiałam sztućce ;) Cóż, takie zboczenie kulinarne. Moim skromnym zdaniem można sobie je spokojnie odpuścić a czas przeznaczyć na odwiedzenie innego z wielu darmowych muzeów w okolicy. Dla chętnych strona internetowa.


Następny przystanek - Air and Space Museum. Plac zabaw nie tylko dla małych chłopców. W zasadzie to i dziewczynki, zarówno duże jak i małe znajdą tu coś dla siebie. Niespełnione marzenie o byciu stewardessą odzywa się we mnie przy każdym bliższym kontakcie ze wszystkim co związane z lotnictwem, więc w tym muzeum spędziłam miło czas. Setki eksponatów, możliwość obejrzenia kokpitu samolotu z bliska, stroje cabin crew z początków lotnictwa pasażerskiego, chętni mogą nawet kupić jedzenie kosmonautów w sklepiku. Jest kamień z Księżyca, łaziki, dokumenty pilotów. Czego dusza zapragnie. Z tego muzeum z pewnością nie wyjdziecie zawiedzeni. Muzeum jest otwarte codziennie w godzinach 10:00-17:30, wejście jest darmowe. Strona internetowa.

 

Z muzeum wyruszyliśmy już prosto w kierunku Washington Monument, mijając po drodze Smithsonian Institute. Sam pomniej jest ogromny i robi spore wrażenie, przede wszystkim po lekturze "Zaginionego symbolu" Dana Browna. Nie oglądaliśmy go 'od środka', zostaliśmy przy zadzieraniu głowy do góry z poziomy kamiennych ławeczek. Darmowe bilety można dostać na 15th Street w The Washington Monument Lodge od godziny 8:30, decyduje jednak reguła "kto pierwszy ten lepszy." Pomnik otwarty jest codzienne oprócz 4 lipca i 25 grudnia w godzinach 9:00-17:00. Strona internetowa. Później dotarliśmy do pomnika upamiętniającego II Wojnę Światową. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę, głównie po to by przy szumie fontanny odpocząć od męczącego upału. Podziwialiśmy także widok zarówno na Washington Monument, jak i na Lincoln Memorial, który był kolejnym przystankiem.
 Spod Mauzoleum Lincolna skierowaliśmy się już pod Biały Dom, który oglądnęliśmy jednak tylko ze sporej odległości. Na terenie całego parku policja pilnowała, aby przypadkiem nie podejść za blisko. Cóż, może następnym razem zrobię sobie pamiątkowe zdjęcie przy samej bramie, jak również odwiedzę kilka innych miejsc, na które tym razem najzwyczajniej nie starczyło nam czasu.
Ogólnie Waszyngton bardzo mnie zaskoczył. Miasto jest pełne życia, ale równocześnie bardzo spokojne i przede wszystkim czyste. Poruszanie się po turystycznej części nie stanowi problemu, choć jest zdecydowanie czasochłonne. Osobom chcącym zobaczyć jak najwięcej poleciłabym wypożyczenie roweru. Zwiedzanie będzie wtedy dużo szybsze a w gorące dni przyjemniejsze niż spacerowanie w palącym słońcu. ;)

sobota, 30 sierpnia 2014

Miłość od pierwszego spojrzenia. / Risotto dyniowe na nadchodzącą jesień.

Są rzeczy, które chcemy mieć, gdy tylko je zobaczymy. Są osoby, które od pierwszego spotkania robią na nas tak duże wrażenie, że chcemy przebywać w ich towarzystwie tak długo, jak tylko jest to możliwe i myślimy o nich dniami i nocami. Są książki, które przyprawiają o dreszcz emocji po samej lekturze opisu na tylnej okładce. Są dania, które od pierwszego kęsa czy nawet zapachu wprowadzają w błogi stan. Są też miasta, które od pierwszego spojrzenia powalają na kolana, oczarowują mieszanką kontrastowych miejsc, ludzie onieśmielają swoją różnorodną urodą a wszystko razem sprawia, że chciałbyś w tym mieście mieszkać... 
Wiele lat myślałam, że takie wrażenie zrobi na mnie Nowy Jork. Widziane tyle razy na filmach, w serialach, opisane w niejednej książce, wydawało się miejscem dla mnie. Lubię duże miasta, bo dają mi większe poczucie anonimowości. Jednak po pierwszej wizycie w NYC nie było wielkiego wow. Owszem, zrobiło na mnie duże wrażenie, łezka zakręciła się w oku, ale chyba głównie przez to, że tak długo chciałam się tam znaleźć, że niedowierzanie wzięło górę nad rozsądkiem. I owszem, jest wiele pięknych miejsc w Wielkim Jabłku, jest całe mnóstwo kontrastowych ludzi, ale czegoś mi brakowało, aby pomyśleć: tak, to miejsce dla mnie.
 Jednak będąc za Wielką Wodą odnalazłam miasto, w którym się zakochałam. Miasto, które na samą myśl o nim przyprawia o uśmiech. Miasto, które mimo tylko godzin spędzonych w nich, wydaje się idealne dla mnie. I o dziwo nie jest to miejsce na mapie Ameryki, które wydawało się do tej pory moim El Dorado, choć wcale nie od niej daleko. 
Od pierwszego spojrzenia zakochałam się w Toronto. Wybraliśmy się do niego prosto z Niagara Falls. Ze względu na to, że lekko nam się posnęło a nasz kierowca obudził nas gdy byliśmy już w mieście, nie widziałam panoramy Toronto nocą, ale zgaduję, że musiała być piękna. Pierwsze co zobaczyłam po przebudzeniu to centrum biznesowe. Było jakby martwe, bo na ulicy nie było żywej duszy, ale tysiące świateł w oknach wieżowców czarowały jak nic innego. Zaraz potem zobaczyliśmy CNTower, a później były już dziesiątki pięknych kamieniczek, klimatycznych knajpek i barów. Przeżyliśmy spotkanie z szopem, spanie w samochodzie i wiele innych śmiesznych przygód. Oglądaliśmy panoramę miasta w CNTower i poszczególne uliczki przez okna samochodu. Nie spędziłam w Toronto zbyt dużo czasu, bo zaledwie kilka godzin, ale miasto zrobiło na mnie takie wrażenie, że od pierwszej minuty mówiłam, że chcę tam mieszkać. Piękni ludzie, mnóstwo rowerów, czystość, spokój w wielkim mieście (jak to możliwe?!), tramwaje!! i widoki na jezioro. To wszystko sprawiło, że Toronto jest dla mnie numerem jeden!
§-§-§
Poza zakochiwaniem się w miejscach, zakochuję się także w niektórych cenach produktów dostępnych w Ameryce. Pomijając ubrania, które są śmiesznie tanie, ceny niektórych produktów spożywczych są tak niskie, że aż szkoda ich nie kupić. Do najtańszych na pewno nie należą zioła i jabłka (cena za 1 funt to ok. $1.5-2.00), nie skusiłam się też na łososia (za 150 g wędzonej ryby trzeba zapłacić ok $6). Natomiast w powalającej cenie są banany ($.49 za funt), kilogram cukru trzcinowego można dostać za ok $2. Tania była także dynia, którą wykorzystałam do risotto dyniowego na jesienne dni. Przepis wykorzystam w Polsce nie raz, bo risotto wyszło obłędne :)
Risotto dyniowe z boczkiem i szałwią
Składniki:
  • 1 duża szklanka ryżu Arborio
  • 1/2 dyni piżmowej
  • 1 szklanka puree z dyni
  • 1 i 1/2 szklanki bulionu warzywnego/drobiowego
  • 200 g boczku
  • 1 cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1/2 szklanki świeżo startego parmezanu
  • 1-2 łyżki oleju rzepakowego
  • 1-2 gałązki szałwii
  • sól, pieprz, oregano, ostra papryka
Sposób przygotowania:
Dynię obieramy, kroimy w niedużą kostkę. Czosnek i cebulę obieramy, szklimy na rozgrzanym oleju, po chwili dodajemy pokrojony w drobną kostkę boczek, podsmażamy. Dodajemy ryż, podsmażamy przez kilka minut, aby stał się szklisty i lekko przezroczysty. Dodajemy dynię, podsmażamy przez chwilę. Puree z dyni z mieszamy z bulionem, dodajemy stopniowo do ryżu. Gotujemy na niewielkim ogniu, co jakiś czas mieszając i pilnując, aby ryż się nie przypalił. Przed dodaniem ostatniej porcji dyniowej mikstury całość doprawiamy solą i pieprzem do smaku, dodajemy ostrą paprykę, oregano i posiekaną szałwię. Dodajemy starty parmezan i odstawiamy na kilka minut. Przed podaniem oprószamy ostrą papryką, posypujemy odrobiną sera i dekorujemy listkami szałwii.

SMACZNEGO!

Durszlak.pl