sobota, 19 lipca 2014

USA odc.2 : Atlantic City. / Sałatka z makaronem sojowym i łososiem.

Ok. Czas na odcinek drugi amerykańskiej przygody. Tydzień temu w czwartek wybraliśmy się na wycieczkę do Las Vegas Wschodniego Wybrzeża, czyli do Atlantic City w New Jersey. Była to wycieczka zorganizowana przez naszego pracodawcę. Tu plus. Bilet kosztował nas $28, a w cenę wchodził przejazd tam i z powrotem (o ile ktoś się nie spóźnił na autobus) oraz kupon do kasyna o wartości $25. Cała reszta zależała od nas. To też plus. Jednak mieliśmy zdecydowanie za mało czasu dla siebie. Z Allentown wyjechaliśmy o 9:30. Wg planu wycieczki czas wolny mieliśmy mieć od 12 do 18. W praktyce czas był skrócony o przeszło godzinę, ale nie na narzekaniu chcę się w tej notce skupić. Był to bowiem w tym czasie mój pierwszy wolny dzień po 10 dniach pracy i nie chciałam aby taki szczegół go zepsuł. Przygodę w Atlantic City zaczęłyśmy od kasyna. Miałyśmy tam sporo frajdy, choć byłyśmy mocno zdziwione i zasmucone, że nasz 25cio dolarowy kupon wsadzony do jednej maszyny może być wykorzystany tylko na niej. Z tego też powodu drukowałyśmy kolejne kupony z najmniejszymi nawet wygranymi. Ja nie miałam niestety niewyobrażalnego szczęścia i udało mi się wygrać tylko koło $18, ale innym Polakom się poszczęściło i wygrali nawet po kilkadziesiąt a w jednym przypadku było to nawet $180 :) Morał z tego taki, że w kasynie można wygrać niemałe pieniądze, trzeba jednak uważać, bo jest to dość wciągające i najmniejsza nawet wygrana powoduje chęć wygrania większej kwoty, dlatego trzeba wiedzieć kiedy przestać ;)


W planie, poza kasynem, miałyśmy z dziewczynami opalanie nad brzegiem Atlantyku i zakupy w tamtejszym outlecie. Po godzinie hazardu opuściłyśmy więc kasyno, choć z lekką obawą, ponieważ gdy 2 godziny wcześniej przyjechaliśmy do Atlantic City, padał deszcz. Jednak po wyjściu na tamtejszy deptak pozytywnie zaskoczyło nas przyjemne słońce. Od razy też usłyszałyśmy mewy i delikatny odgłos rozbijających się o brzeg fal. Wiedziałyśmy, że plaża jest blisko i po kilku metrach ujrzałyśmy szeroki pas piasku i lekko wzburzony Ocean. Z opalania co prawda nic nie wyszło, bo pogoda tego dnia była naprawdę kapryśna i zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale udało nam się zjeść śniadanie na plaży, zamoczyć stopy w zimnych wodach Atlantyku, powalczyć z mewami o swoje jedzenie i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć.

Następnie udałyśmy się do Tanger Outlets, który okazał się mini miastem sklepowym. Trochę byłyśmy zawiedzione, bo ceny nie były jakoś wybitnie outletowe, a i w odwiedzonych przez nas sklepach asortyment jakoś nie powalał, ale kilka rzeczy udało nam się kupić. W sierpniu jednak ma być jeszcze jeden wyjazd do Atlantic City, na który również zamierzam się wybrać, ponieważ podobno największe wyprzedaże są tutaj właśnie w sierpniu. Mam też nadzieję, że pogoda w ten dzień będzie łaskawsza i słońce będzie mocniej przytulać nas swoim ciepłem ;) Ogólnie jednak był to całkiem fajny wyjazd i upragniona chwila oddechu od pracy. W drodze powrotnej udało mi się jeszcze złapać kawałek Filadelfii, która jest następnym punktem na liście miejsc do zobaczenia w trakcie pobytu tutaj.

A teraz czas na jedzenie! Nie jest to danie amerykańskie, ale myślę, że bardzo dobrze pasuje do mojego obecnego otoczenia, gdyż oprócz Polaków jest także dużo osób z Tajwanu. Nie udało mi się jeszcze zdobyć oryginalnego tajwańskiego przepisu, jednak gdy tylko namówię kogoś do ugotowania czegoś razem ze mną dla Was, podzielę się niezwłocznie efektem. Póki co zapoznajcie się z moją wariacją na temat makaronu sojowego, który, jak nazwa nie wskazuje, wcale nie jest z soi ;) Możecie go także zastąpić makaronem ryżowym. Sałatka jest bardzo sycąca i pyszna, a dressing z dodatkiem limonki sprawia oraz chrupkie, soczyste warzywa jak ogórek czy rzodkiewka że do tego bardzo dobrze orzeźwia.

Sałatka z makaronem sojowym i łososiem
Składniki:
  • 250-300 g fileta z łososia
  • 1 papryczka chili
  • 1/2 pęczka kolendry
  • skórka z 1 i sok z 2 limonek
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 2 opakowania makaronu sojowego
  • 1/2 żółtej papryki
  • 1/2 czerwonej papryki
  • 3-4 rzodkiewki
  • 1/2 ogórka
  • 2-3 zielone cebulki
  • 1 średnia marchewka
  • garść ulubionych kiełków (u mnie miks kiełków rzodkiewki, słonecznika, brokuła, fasoli mung i lucerny)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • po 1 łyżce czarnego i białego sezamu
  • sól, pieprz
Sposób przygotowania:
Łososia opłukujemy pod bieżącą wodą, osuszamy ręcznikiem papierowym, usuwamy ości. Kolendrę i papryczkę chili drobno siekamy, mieszamy ze skórką i połową soku z limonki oraz sosem sojowym, marynatę wykładamy na łososia, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy w 180 stopniach przez ok 15 minut lub gotujemy na parze. Makaron przygotowujemy wg instrukcji na opakowaniu. Paprykę kroimy w cienkie paseczki, marchewkę w słupki, rzodkiewki i ogórka w cienkie plasterki. Warzywa mieszamy z makaronem i kiełkami. Olej mieszamy z pozostałym sokiem z limonki, odrobiną soli i pieprzu oraz sezamem. Dressingiem polewamy sałatkę, na wiechu układamy kawałki łososia, posypujemy posiekaną zieloną cebulką.


SMACZNEGO!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Wieści zza Wielkiej Wody. Uwaga! Rzucam mięsem!

Nieco ponad trzy tygodnie temu, jak zwykle na ostatnią chwilę, zaczęłam pakować walizkę. Cały czas nie wierzyłam i chyba dalej nie do końca do mnie dociera to, że po wielu latach marzeń w teczce na stole obok leżał paszport z wizą, umowa o wakacyjną pracę i bilet do Stanów Zjednoczonych. Perspektywa 101 dni w kraju za Wielką Wodą przyprawiała mnie o dreszcze: z ekscytacji i ze strachu. Cieszyłam się na ten wyjazd jak dziecko, ale równie wielkie były moje obawy. Czy sobie poradzę, jak i czy w ogóle odnajdę się tak daleko od domu i w dodatku całkowicie sama, czy mój poziom znajomości języka angielskiego jest wystarczająco dobry i co jeśli moja walizka nie doleci ze mną?! Po trzech tygodniach na pierwsze pytania patrzę teraz z niedowierzaniem. Radzę sobie, odnajduję się tu świetnie, wcale nie jestem sama, bo szybko poznałam przyjaznych i otwartych ludzi, a mój angielski, jak się okazuje, jest wcale nie najgorszy. Ach! No i walizka na moje szczęście nie przeleciała kolejnych tysięcy kilometrów, wylądowała w Nowym Jorku razem ze mną :) 

O samym NYC póki co cicho-sza. W Mieście spędziłam tylko 1 noc, miałam ambitny plan nocnego zwiedzania, ale po 12 godzinach w podróży, przejażdżce metrem i półgodzinnym spacerze z dwiema walizkami po Manhattanie w celu odnalezienia hostelu byłam tak padnięta, że sił starczyło mi na szybki prysznic, zjedzenie kanapki, którą mama zrobiła mi drogę i padłam do spania jak mucha. Ale nic straconego. Jeszcze tam wrócę w te wakacje. Nie raz i nie dwa :)


W niedzielę 22 czerwca z dwiema innymi Polkami (pozdrawiam Oleczkę i Anetkę! :)) dotarłam do Allentown, trzeciego co do wielkości miasta w Pensylwanii, gdzie do września będziemy pracować w parku rozrywki Dorney Park&Wildwater Kingdom. Po kilku godzinach załatwiania formalności w biurze HR zostałyśmy zawiezione na teren lokalnego college'u, zostawiłyśmy walizki w pokoju i czym prędzej udałyśmy się na pierwszy w Hameryce obiad. Postanowiłyśmy nasz przyjazd uczcić prawdziwie amerykańskim jedzeniem: były frytki, hambuksy, napoje z dolewką i lody. Najedzone jak dzikie bąki wróciłyśmy do naszych 'dormów'. Z planowanej tego wieczoru imprezy nic nie wyszło, byłyśmy tak zmęczone, że poszłyśmy spać.

Biblioteka





Następnego dnia czekało nas szkolenie, po nim okazało się, że już we wtorek zaczynam swoją pracę. W poniedziałek właśnie przeżyłam swój pierwszy i jedyny jak dotąd kryzys. Oczekiwania zmieszały się z rzeczywistością i miałam naprawdę olbrzymie obawy jak ja dam radę. Ale daję radę, jest ciężko, bo pracę mam dość monotonną i męczącą, ale moi nowi znajomi z pracy skutecznie umilają mi ten czas (pracuję w zespole międzynarodowym: Polska, Ekwador, Słowacja, Chiny, Bułgaria, Jamajka i Ameryka to mieszanka wybuchowa :) ). Po godzinach mamy możliwość darmowego wstępu do parku z czego umiarkowanie korzystamy, bo wiadomo - ile można spędzać czasu na terenie pracy ;) Przez ten czas wypróbowałam już większość najstraszniejszych według mnie rollercoasterów i atrakcji, kilka z nich wciąż jeszcze przeraża mnie za bardzo, ale myślę, że do końca swojego pobytu tutaj w końcu się na nie skuszę.




Po pracy integrujemy się w międzynarodowym gronie -  w sumie na terenie kampusu zajmujemy 3 akademiki. Jest dużo Polaków i Tajwańczyków, mnóstwo ludzi z Ameryki Południowej i z krajów europejskich jak Słowacja, Czechy, Bułgaria. Teren college'u jest przeuroczy, mamy tu pełno zieleni więc często urządzamy sobie pikniki. Zajadamy Reese's w ilościach hurtowych, poprawiamy lodami i popijamy winem, które, co ciekawe, jak cała reszta alkoholi, nie jest ogólnodostępne. Są tutaj specjalne liquor stores, w marketach alkoholu nie ma w ogóle, a piwo np jest sprzedawane w wielopakach (najczęściej 24 sztuki). Z innych ciekawostek, w porównaniu z pozostałymi produktami spożywczymi w rozmiarach XXL, piwo jest w rozmiarze XS, w puszkach jak Coca-Cola. Ale o tutejszym jedzeniu i spostrzeżeniach na jego temat napiszę w osobnym poście :)

Tyle w dzisiejszym odcinku nowej serii amerykańskiego serialu na Yummy Lifestyle. Z pewnością co jakiś czas pojawi się kolejna relacja z moich poczynań w USA. W kolejnych epizodach poczytacie na pewno o wspomnianym już jedzeniu i innych wrażeniach na temat życia w Ameryce i zwyczajów tutejszych mieszkańców. Będzie też o wycieczce do Atlantic City, które jest nazywane Las Vegas Wschodniego Wybrzeża i o innych przejażdżkach, które już planujemy :)

Tym zdjęciem wygrałam konkurs fotograficzny dla uczestników programu Work&Travel.
Tematem było oczywiście świętowanie 4 lipca :)
Fajerwerki z okazji 4 lipca
A teraz czas na obiecane rzucanie mięsem. Na fanpage'u bloga padło pytanie, kiedy ugotuję coś amerykańskiego. No i nie mogłam długo czekać. W ubiegłym tygodniu, wykorzystując fakt, że skończyłyśmy pracę nieco wcześniej niż o 21, przechadzając się między półkami pobliskiego marketu postanowiłyśmy zrobić sobie na kolację iście amerykańskie danie. Hamburgery już były, przyszedł czas na steki. Przyznam się bez bicia, że był to dopiero mój drugi raz w życiu kiedy je jadłam, a przede wszystkim przygotowywałam. Stres był o tyle duży, że w akademiku podczas gotowania każdy ma sporą widownię (kuchnia jest usytuowana w połowie piętra) a dodatkowo gotowałam nie tylko dla siebie. Jednak podołałam zadaniu, Olga była zachwycona, jak również kilku innych Polaków, którzy narobili sobie takiego smaka, że sami postanowili rzucić mięcho na talerz i planują przygotować podobną kolację :) Tak więc przed Wami, Drodzy Czytelnicy, najprawdziwszy amerykański stek z wersji Yummy Lifestyle. Bierzcie i dzielcie się nim wszyscy, albowiem jest doprawdy wyborny!


Stek idealny
Składniki (na 2 porcje):
  • 2 świeże steki o grubości ok 3-4 cm
  • 3 łyżeczki masła
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • świeżo zmielony pieprz cytrynowy
  • chili
  • sól
  • do podania:
  • puree ziemniaczane, szparagi, fasolka szparagowa, groszek gotowany na parze

Sposób przygotowania:
Steki wyciągamy z lodówki przynajmniej godzinę przed smażeniem, muszą być w temperaturze pokojowej, aby nie obniżyć temperatury patelni. Steki oprószamy świeżo zmielonym pieprzem i odrobiną chili. Patelnię mocno rozgrzewamy, topimy na niej po 2 łyżeczki masła i dodajemy olej rzepakowy (jeśli smażycie oba steki równocześnie, ja ze względu na małą patelnię smażyłam je oddzielnie, wtedy rozgrzewamy 1 łyżeczkę masła z 1 łyżką oleju). Tłuszcz musi być bardzo mocno rozgrzany. Steki smażymy obustronnie, czas smażenia dopasowujemy do indywidualnych potrzeb i gustu. Na steki o średnim stopniu wysmażenia należy przeznaczyć 1 minutę na każdy cm mięsa z każdej strony (czyli mając stek o grubości o 4 cm smażymy go po 4 minuty z obu stron). Chcąc uzyskać krwiste steki smażymy je nieco krócej, dobrze wysmażone chwilę dłużej. Po usmażeniu steków odstawiamy je na kilka minut przykrywając folią aluminiową. Steki przyprawiamy solą dopiero przed podaniem, nigdy przed smażeniem. Przed podaniem na stek kładziemy pół łyżeczki masła, serwujemy z ulubionymi dodatkami, w naszym przypadku było to puree ziemniaczane i szparag.
Jeśli macie jakieś uwagi i sprawdzone triki dotyczące steków podzielcie się nimi w komentarzach :)

SMACZNEGO!

wtorek, 8 lipca 2014

Parmigiana di melanzane z salami.

Było majowe popołudnie, czyste niebo z mocno świecącym słońcem. Piękny dzień. Po zajęciach na uczelni wybrałam się na szybkie zakupy. W głowie miałam plan przygotowania południowowłoskiego dania, więc po powrocie do domu zaszyłam się na krótko w kuchni, bowiem jego przygotowanie zabrało niespodziewanie niewiele czasu. Obiad zjadłam na balkonie, rozkoszując się przyjemnym późnowiosennym (lub jak kto woli wczesnoletnim) ciepłym powietrzem, z płynącą z słuchawek włoską muzyką dla zagłuszenia trwającej na osiedlu budowy. Jeśli więc chcecie smakowo przenieść się do słonecznej Italii zakupcie bakłażany, pomidory, mozzarellę a także, do mojej wersji, salami. Do tego oregano, bazylia i czarne oliwki. Przed Państwem parmigiana di melanzane :) Nie wiem czy znajdzie się ktoś, komu nie będzie smakowało ;)


Parmigiana di melanzane z salami
Składniki (na 2-3 porcje)
  • 1 bakłażan
  • 1 kulka mozzarelli
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 3/4 szklanki pulpy pomidorowej
  • kilka plasterków salami
  • olej rzepakowy
  • sól, pieprz, bazylia, oregano
do podania:
  • kilka czarnych oliwek
  • posiekana natka pietruszki
  • świeżo starty parmezan
Sposób przygotowania:
Bakłażana myjemy, kroimy na cienkie plastry, oprószamy z dwóch stron solą, dostawiamy, aby lekko się 'spocił'. Plastry osuszamy, smarujemy z obu stron mieszanką pieprzu, ziół i oleju rzepakowego, grillujemy. W niedużym garnuszku na niewielkiej ilości rozgrzanego oleju szklimy drobno posiekaną cebulę i czosnek. Dodajemy pulpę pomidorową, doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ziołami, dusimy kilka minut. Mozzarellę kroimy na cienkie plastry. W naczyniu żaroodpornym układamy kilka piramidek: plaster bakłażana, sos pomidorowy, mozzarella, salami, sos pomidorowy, mozzarella. Czynności powtarzamy do wykorzystania plastrów bakłażana (na wierzchu każdej piramidki powinna być warstwa sera). Całość podlewamy resztą sosu pomidorowego. Zapiekamy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez ok 15-20 minut. Przed podaniem oprószamy parmezanem, posypujemy pokrojonymi w plasterki oliwkami i posiekaną natką pietruszki.

SMACZNEGO!


Durszlak.pl