czwartek, 28 sierpnia 2014

Snickers cupcakes


Dzień mojego wyjazdu do USA był szalony. Wstałam o 8 rano, mimo, że wylot z Krakowa miał być o 13. Do czasu wyjścia z domu zdążyłam przepakować trochę walizkę, 10 razy sprawdziłam czy mam wszystkie potrzebne dokumenty, czy oby na pewno spakowałam ładowarkę do komputera/aparatu/telefonu, czy szczoteczka do zębów jest na wierzchu i czy wzięłam wszystko co potrzebuję. Oprócz tego o 8:30 miksowałam krem do cupcake'ów, żeby chwilę później ostatni raz przed wyjazdem wziąć aparat do ręki i zrobić zdjęcia do notki 'na zapas'. I teraz właśnie ten zapas nadszedł, a wraz z nim przepis na obłędne cupcake'i inspirowane Snickersem. Jest czekolada, karmel i orzeszki, a do tego mnóstwo uroku i powalający smak. A na krótkie zakończenie powiem, że może i nie chcę wracać do Polski (choć do tego został mi jeszcze miesiąc), ale za swoją kuchnią tęsknię niemożliwie. Pomysły w mojej głowie piętrzą się niesłychanie, a w Krakowie kurzy się KitchenAid. Możecie więc być pewni, że od października wracam z podwójną siłą do gotowania i blogowania ;)


Snickers cupcakes
Składniki:
  • 2 szklanki mąki pełnoziarnistej
  • 2/3 szklanki cukru trzcinowego
  • 2 jajka
  • 1 mały jogurt naturalny
  • 2/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 1 i 1/2 tabliczki deserowej czekolady
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 opakowanie serka mascarpone (250 g)
  • 1/2 tubki skondensowanego mleka o smaku karmelowym
  • kilka łyżek orzeszków w karmelu
Sposób przygotowania:
Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy cukier i proszek do pieczenia. Dolewamy mokre składniki (olej, jogurt, jajka) oraz roztopioną w kąpieli wodnej tabliczkę czekolady i mieszamy do uzyskania jednolitej masy. Ciasto dzielimy do foremek, pieczemy przez ok 45-50 minut w temperaturze 180 stopni, studzimy. Serek mascarpone miksujemy z mlekiem skondensowanym, kremem ozdabiamy ostudzone muffiny. Wierzch polewamy roztopioną w kąpieli wodnej resztą czekolady i posypujemy posiekanymi orzeszkami w karmelu.

SMACZNEGO!


środa, 20 sierpnia 2014

Niagara Falls. / Hummus buraczkowy.

Na mapie odwiedzonych przeze mnie krajów mogę zaznaczać kolejny. Wyjeżdżając do USA wiedziałam, że koniecznie muszę zobaczyć Niagara Falls, ale nie spodziewałam się, że przy okazji przekroczę kanadyjską granicę, zobaczę miasto, w którym zakocham się od pierwszego spojrzenia, na ulicy spotkam olbrzymiego szopa, będę spała w samochodzie między domkami jednorodzinnymi a blokiem i będę tak szczęśliwa. Ale od początku. Z końcem lipca, podczas jednej z wieczornych posiadówek przy piwku jeszcze na terenie college'u (w minioną środę przenieśli nas do hotelu) padł pomysł wyprawy nad Wodospad Niagara. Wyprawy nie takiej zwyczajnej bo na kilka samochodów. Wysłałam od razu prośbę o dwa dni wolne, kilka dni później została ona zaakceptowana i już myślałam jak to będzie. 17 osobowa ekipa, rozlokowana w trzech samochodach - brzmi ciekawie. Jak się domyślacie, ogarnięcie chaosu, jakim była wycieczka takiej grupy, nie było łatwym zadaniem. Do samego końca nic nie było pewne, oprócz tego, że jedziemy. I tak w minioną niedzielę wsiedliśmy w wypożyczone samochody, załadowaliśmy mapy, uruchomiliśmy GPSy i wyruszyliśmy w najzabawniejszą jak dotąd wyprawę mojego życia. Trasa zaowocowała w dziesiątki niespodzianek takich jak cofanie na autostradzie, stanie w olbrzymim autostradowym korku do Toronto o 1 w nocy, niezmienne zdziwienie, że za 40$ można zatankować pełny bak paliwa.


Do Niagara Falls dotarliśmy po kilku długich godzinach jazdy. W tym miejscu powiem, że z mojego punktu widzenia szkoda tracić czas na amerykańską stronę (może oprócz tarasu widokowego). Niewiele z niej widać, a to co widać nie robi wrażenia. Sprawa wygląda inaczej ze strony kanadyjskiej. Ale. Szczerze powiedziawszy spodziewałam się większego wow. Owszem, wodospad wygląda pięknie po zmroku, podświetlony kolorowymi światłami tworzy naturalne widowisko i swego rodzaju show. 


Jednak po takiej 'atrakcji' spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że wodospad jest dużo większy i w bardziej 'naturalnym' otoczeniu, niż miasto. Nie zmienia to faktu, że niezmiernie się cieszę, że mogłam podziwiać Niagara Falls na żywo. Dodatkowo w niedzielę trafiliśmy na pokaz fajerwerków nad wodospadami co w moim odczuciu dodatkowo podniosło atrakcyjność tego miejsca :)
W miasteczku Niagara Falls, leżącym już w Kanadzie, można dodatkowo roztrwonić pieniądze w kasynie, odwiedzić Muzeum Figur Woskowych czy Muzeum Rekordów Guinessa, znajziecie tu także sklep ze słodyczami Hershey's. Jest to miejscowość typowo turystyczna, ale ma też swój urok :)


§-§-§


A po wycieczce zapraszam na hummus. I cóż więcej o nim by rzec. Hummus jak hummus... Zawsze zachwyca i smakuje tak samo. To znaczy tak samo dobrze. Jak zawsze idealny na każdą okazję. Tym razem buraczkowy. Przemawia za nim dodatkowo to, że ze smakiem zjadała go również moja koleżanka, która fanką hummusu nie jest ;) Miksujcie ciecierzycę i wcinajcie hummus na lekką kolację.


Hummus buraczkowy
Składniki:
  • 1 średni burak
  • 1 szklanka/puszka ugotowanej ciecierzycy (sposób przygotowania ciecierzycy do gotowania znajdziesz tutaj)
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1-2 łyżki oleju rzepakowego
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2-3 łyżki pasty sezamowej (tahini)
  • kilka łyżek zimnej wody
  • sól do smaku
Sposób przygotowania:
Buraka oczyszczamy, zawijamy w folię aluminiową, pieczemy w 180 stopniach do miękkości (ok. godziny), następnie studzimy, obieramy. Ciecierzycę wrzucamy do kielicha blendera lub wysokiego naczynia, dodajemy obrane ząbki czosnku, pastę sezamową, sok z cytryny, olej i buraka pokrojonego w mniejsze kawałki. Całość miksujemy do uzyskania gładkiej, jednolitej konsystencji dodając po 1 łyżce zimnej wody. Przed podaniem hummus można skropić oliwą z oliwek. U mnie podany z ziarnami czarnego sezamu.
SMACZNEGO!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Ciasto bananowe z masłem orzechowym.

Dzisiaj post bez zdjęć wycieczkowych. Ostatnio raczej staram się oszczędzać pieniądze, niż je wydawać, gdyż liczba moich godzin w pracy jest mało satysfakcjonująca i obawiam się, że może z tego wyjść raczej program No Work & No Travel. Wciąż nie udało mi się dojechać ani do Filadelfii, ani do Waszyngtonu, ale w końcu się wybiorę i zrelacjonuję wyjazd, apromys! W dniach 17/18 sierpnia szykuje nam się za to wycieczka na kilka samochodów do Kanady i nad Niagara Fall. Poza tym życie w Allentown toczy się swoim tempem. Mimo kryzysów roboczych będę nieziemsko tęsknić za tym miejscem, bo należę do tego gatunku, który bardzo szybko się aklimatyzuje i przywiązuje do miejsca i ludzi. Na samą myśl o powrocie na uczelnię i innych polskich obowiązkach świecą mi się oczy i to bynajmniej nie ze szczęścia. Jednak póki co zostały mi jeszcze prawie dwa miesiące życia tutaj i mam nadzieję, że liczba godzin pracy nagle wzrośnie a ja niespodziewanie zarobię tyle, że będę mogła dołączyć do moich nowych polskich przyjaciół i uda mi się zobaczyć Zachodnie Wybrzeże, albo przynajmniej jego fragment. Póki co dość lamentów i zapraszam Was na ciasto. Ciasto, które zrobiło tutaj furorę i nikt nie chciał uwierzyć, że nie kupiłam go w pobliskim markecie, a upiekłam sama. Podczas wczorajszego pikniku w gronie polsko-tajwańskim wszyscy objadali się nim z uśmiechem na twarzy i zgodnie zdecydowali, że ciasto jest awsome! Do ciasta piliśmy wino z pięciolitrowego kartonu za $12.99 (swoją drogą chyba pierwszy raz w życiu piłam tak dobre wino, tak bardzo smakujące winogronami, za tak niską cenę), udawaliśmy (a właściwie ja udawałam) pterodaktyle, tarzaliśmy się w trawie ze śmiechu i próbowaliśmy się zmusić do rozmów w języku angielskim (rozkład sił 4 Polaków na 1 Tajwańczyka) co przychodziło nam z trudem, ale co 15 minut przywoływaliśmy się do porządku na jakieś 5-10 minut. Tyle z relacji workendtrawelerowego życia, udajmy się na spożycie. Ciasta bananowego z masłem orzechowym i milionem innych dobroci (i złych kalorii).


Ciasto bananowe z masłem orzechowym
Składniki:
  • 3 mocno dojrzałe banany
  • 1/2 słoiczka masła orzechowego (ok 200-250 g) + kilka łyżek do wykończenia ciasta
  • 2/3 szklanki brązowego cukru
  • 2 szklanki mąki 
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 1/2 szklanki mleka
  • ok 100 g posiekanej czekolady lub groszków czekoladowych
  • do wykończenia domowy karmel (przepis tutaj, u mnie niestety kupny ze względu na dość ograniczone wyposażenie akademikowej kuchni) oraz drażetki czekoladowe (u mnie mini Reese's pieces z masłem orzechowym ;) )
Sposób przygotowania:
Banany obieramy, umieszczamy w misce, dodajemy masło orzechowe i za pomocą widelca łączymy do uzyskania jednolitej konsystencji. Dodajemy jajka, mleko, olej i cukier, dokładnie mieszamy. Do mikstury dodajemy mąkę, proszek do pieczenia i posiekaną czekoladę, mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Ciasto wykładamy do foremki posmarowanej tłuszczem i oprószonej mąką, pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180-190 stopni przez ok. godzinę lub do tzw. suchego patyczka. Po upieczeniu ciasto studzimy, wierzch smarujemy masłem orzechowym, oblewamy karmelem i ozdabiamy drażetkami (opcjonalnie.

SMACZNEGO!

Durszlak.pl