niedziela, 27 lipca 2014

USA odc.3: NYC!/ Sałatka z pieczonego buraka i pomarańczy.

W minioną środę wybrałam się na krótką wycieczkę do Nowego Jorku. Okazji było kilka: po pierwsze siostra mojej mamy zawitała tam z wizytą, po drugie w czwartek miałam wolny dzień i po trzecie - w czwartek miałam imieniny. Świetny pretekst do wyrwania się do cywilizacji (nie wspominałam do tej pory, ale mimo tego, że Allentown jest trzecim co do wielkości miastem w Pensylwanii, do centrum lepiej nie zapuszczać się samemu; miasto w centrum wygląda jak slumsy, a plotki głoszą, że do bezpiecznych nie należy). Zaraz po pracy spakowałam więc kilka rzeczy i godzinę później siedziałam już w autobusie do Nowego Jorku. Zaskakujące jest jak widok panoramy Manhattanu zapiera mi dech i przyspiesza bicie serca. Gdy tylko zobaczyłam pierwsze nowojorskie budynki, uśmiech sam wpełzł na moją twarz. Pech chciał, że w City przywitała mnie przeraźliwa burza, która raczej uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek nocą. Udaliśmy się więc od razu na Brooklyn, gdzie mieliśmy nocleg. Cóż, zdjęć z Brooklkynu nie będzie, ponieważ przed zwiedzaniem NYC następnego dnia niefortunnie sformatowałam kartę. Kolejny pech, ale później było już tylko lepiej. Rano z Brooklynu wyruszyliśmy na dolny Manhattan. Tam mieliśmy zacząć zwiedzanie Miasta, Które Nigdy Nie Śpi. Pierwszy punkt wycieczki: Liberty Island ze Statuą Wolności.
Na wyspę dostaliśmy się promem, który ma 3 przystanki: pierwszy to Liberty Island, następny to Ellis Island a ostatni to już Battery Park na Manhattanie. Rejs na Liberty Island trwa zaledwie kilka minut. W czasie jego trwania możemy podziwiać panoramę Manhattanu, jest też okazja do zrobienia zdjęć Statuy z odpowiedniej odległości. Uwaga! Na statku strasznie buja, szczególnie w trakcie postoju, więc polecam wsiadać na niego jak najpóźniej ;) Co do samej wizyty na Liberty Island - zobaczenie na żywo pomnika znanego do tej pory tylko ze zdjęć i filmów było dla mnie fajnym przeżyciem. Obchodziłam Statuę dookoła, wciąż nie mogąc uwierzyć gdzie jestem. Zaraz przy zejściu ze statku można odebrać audio przewodnik po wyspie - nie skorzystałam z niego za bardzo, bo pochłonięta byłam robieniem zdjęć, podziwianiem widoków i wystawianiem twarzy na promienie słońca, które łaskawie zaczęły wyłaniać się zza chmur.  
Z racji dość ograniczonego czasu, zrezygnowaliśmy tym razem z oglądania okolicy ze Statuy Wolności oraz ze zwiedzania muzeum poświęconemu emigrantom, których przyjmowano właśnie na Wyspie Ellis. Po powrocie na stały ląd nasze drogi się rozeszły - moi towarzysze ze względu na wykupiony New York Pass wyruszyli na podbój nowojorskich muzeów, ja ze względu na niezwalniający czas postanowiłam tym razem zobaczyć Brooklyn Bridge, a następnie pospacerować po Manhattanie. Uzbrojona w mapę, z aparatem w dłoni ruszyłam w kierunku Mostu. O dziwo, drogę do samego Brooklyn Bridge znalazłam dość szybko, gorzej było z odnalezieniem schodów na tenże. Po ponad 15 minutach krążenia, łaskawy policjant wskazał mi drogę i po chwili po raz kolejny uśmiechałam się sama do siebie oglądając na własne oczy następne, tak bardzo znane mi miejsce. Widoki z Mostu są naprawdę świetne. Z pewnością nie była to moja ostatnia wizyta w tym miejscu, następnym razem wybiorę się tam po nocne zdjęcia :)
Przechodząc Mostem z Manhattanu znalazłam się na Brooklynie. Moja fantastyczna orientacja w terenie zmusiła mnie do półgodzinnego spaceru w poszukiwaniu stacji metra, ale w końcu się udało. Stamtąd pierwotnie miałam się udać na Times Square i tam spędzić czas do mojego wyjazdu. Jadąc jednak w kierunku Manhattanu stwierdziłam, że mam wystarczająco dużo czasu, żeby zobaczyć coś poza Times Square. Zmieniłam więc linię metra i wysiadłam na skrzyżowaniu 5 Alei z 53 Ulicą z planem zobaczenia jak największej ilości znanych mi już miejsc. W taki więc sposób dotarłam na Grand Central Terminal, zaglądnęłam do Katedry Św. Patryka, po kilku godzinach spacerów klapnęłam na tyłku w Bryant Park, na 5 Alei wypiłam mrożoną herbatę w Starbucks a na Times Square 'strzeliłam selfie' z Morganem Freemanem (niestety tylko woskowym ;)) 


Nowy Jork jest niesamowity, stwierdzam to po jednym spacerze i boję się pomyśleć jak bardzo wzrośnie moja fascynacja Miastem przy kolejnych wizytach. Owszem jest głośno, syreny wyją jedna po drugiej, taksówki trąbią niemiłosiernie, ale to właśnie chyba to sprawia, że Big Apple jest tak fascynujące. Następnym razem planuję wjechać na Top of the Rock i zrobić najlepsze (jak dotąd) zdjęcia w swoim życiu, zjeść lunch w Central Parku i odwiedzić 9/11 Memorial and Museum. A póki co po wirtualnym zwiedzaniu zapraszam Was na lekką sałatkę z pieczonego buraka i pomarańczy. Idealna na upały, fantastyczna po długich spacerach ;)
Jeśli szukacie pomysłu na prostą lecz elegancką sałatkę, przychodzę na ratunek. Ta tutaj nie dość, że pięknie się prezentuje to jednocześnie bardzo dobrze smakuje. Nadaje się na efektowną przystawkę na przyjęcie jak i na letni posiłek. Zachwyci każdego kto lubi połączenia słodko-słone, przeciwników być może zachęci do częstszych eksperymentów :)


Sałatka z pieczonych buraków i pomarańczy
Składniki:
  • 1 średni burak
  • 1 pomarańcza
  • 50 g sera typy feta
  • garść rukoli
  • 1 łyżka miodu
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • olej rzepakowy
  • sól, świeżo zmielony kolorowy pieprz
Sposób przygotowania:
Buraka dokładnie myjemy, osuszamy, ścinamy dwa końce, smarujemy odrobiną oleju rzepakowego, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni do czasu, aż będzie miękki. Następnie obieramy go i kroimy na cieniutkie plasterki. Pomarańczę obieramy, kroimy na plasterki. Na talerzu układamy rukolę, na niej naprzemiennie plasterki buraka i pomarańczy. Całość posypujemy pokruszoną lub pokrojoną w kostkę fetą. Miód mieszamy z łyżką oleju rzepakowego, polewamy sałatkę razem z octem balsamicznym. Całość oprószamy odrobiną soli i pieprzu.

SMACZNEGO!

sobota, 19 lipca 2014

USA odc.2 : Atlantic City. / Sałatka z makaronem sojowym i łososiem.

Ok. Czas na odcinek drugi amerykańskiej przygody. Tydzień temu w czwartek wybraliśmy się na wycieczkę do Las Vegas Wschodniego Wybrzeża, czyli do Atlantic City w New Jersey. Była to wycieczka zorganizowana przez naszego pracodawcę. Tu plus. Bilet kosztował nas $28, a w cenę wchodził przejazd tam i z powrotem (o ile ktoś się nie spóźnił na autobus) oraz kupon do kasyna o wartości $25. Cała reszta zależała od nas. To też plus. Jednak mieliśmy zdecydowanie za mało czasu dla siebie. Z Allentown wyjechaliśmy o 9:30. Wg planu wycieczki czas wolny mieliśmy mieć od 12 do 18. W praktyce czas był skrócony o przeszło godzinę, ale nie na narzekaniu chcę się w tej notce skupić. Był to bowiem w tym czasie mój pierwszy wolny dzień po 10 dniach pracy i nie chciałam aby taki szczegół go zepsuł. Przygodę w Atlantic City zaczęłyśmy od kasyna. Miałyśmy tam sporo frajdy, choć byłyśmy mocno zdziwione i zasmucone, że nasz 25cio dolarowy kupon wsadzony do jednej maszyny może być wykorzystany tylko na niej. Z tego też powodu drukowałyśmy kolejne kupony z najmniejszymi nawet wygranymi. Ja nie miałam niestety niewyobrażalnego szczęścia i udało mi się wygrać tylko koło $18, ale innym Polakom się poszczęściło i wygrali nawet po kilkadziesiąt a w jednym przypadku było to nawet $180 :) Morał z tego taki, że w kasynie można wygrać niemałe pieniądze, trzeba jednak uważać, bo jest to dość wciągające i najmniejsza nawet wygrana powoduje chęć wygrania większej kwoty, dlatego trzeba wiedzieć kiedy przestać ;)


W planie, poza kasynem, miałyśmy z dziewczynami opalanie nad brzegiem Atlantyku i zakupy w tamtejszym outlecie. Po godzinie hazardu opuściłyśmy więc kasyno, choć z lekką obawą, ponieważ gdy 2 godziny wcześniej przyjechaliśmy do Atlantic City, padał deszcz. Jednak po wyjściu na tamtejszy deptak pozytywnie zaskoczyło nas przyjemne słońce. Od razy też usłyszałyśmy mewy i delikatny odgłos rozbijających się o brzeg fal. Wiedziałyśmy, że plaża jest blisko i po kilku metrach ujrzałyśmy szeroki pas piasku i lekko wzburzony Ocean. Z opalania co prawda nic nie wyszło, bo pogoda tego dnia była naprawdę kapryśna i zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale udało nam się zjeść śniadanie na plaży, zamoczyć stopy w zimnych wodach Atlantyku, powalczyć z mewami o swoje jedzenie i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć.

Następnie udałyśmy się do Tanger Outlets, który okazał się mini miastem sklepowym. Trochę byłyśmy zawiedzione, bo ceny nie były jakoś wybitnie outletowe, a i w odwiedzonych przez nas sklepach asortyment jakoś nie powalał, ale kilka rzeczy udało nam się kupić. W sierpniu jednak ma być jeszcze jeden wyjazd do Atlantic City, na który również zamierzam się wybrać, ponieważ podobno największe wyprzedaże są tutaj właśnie w sierpniu. Mam też nadzieję, że pogoda w ten dzień będzie łaskawsza i słońce będzie mocniej przytulać nas swoim ciepłem ;) Ogólnie jednak był to całkiem fajny wyjazd i upragniona chwila oddechu od pracy. W drodze powrotnej udało mi się jeszcze złapać kawałek Filadelfii, która jest następnym punktem na liście miejsc do zobaczenia w trakcie pobytu tutaj.

A teraz czas na jedzenie! Nie jest to danie amerykańskie, ale myślę, że bardzo dobrze pasuje do mojego obecnego otoczenia, gdyż oprócz Polaków jest także dużo osób z Tajwanu. Nie udało mi się jeszcze zdobyć oryginalnego tajwańskiego przepisu, jednak gdy tylko namówię kogoś do ugotowania czegoś razem ze mną dla Was, podzielę się niezwłocznie efektem. Póki co zapoznajcie się z moją wariacją na temat makaronu sojowego, który, jak nazwa nie wskazuje, wcale nie jest z soi ;) Możecie go także zastąpić makaronem ryżowym. Sałatka jest bardzo sycąca i pyszna, a dressing z dodatkiem limonki sprawia oraz chrupkie, soczyste warzywa jak ogórek czy rzodkiewka że do tego bardzo dobrze orzeźwia.

Sałatka z makaronem sojowym i łososiem
Składniki:
  • 250-300 g fileta z łososia
  • 1 papryczka chili
  • 1/2 pęczka kolendry
  • skórka z 1 i sok z 2 limonek
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 2 opakowania makaronu sojowego
  • 1/2 żółtej papryki
  • 1/2 czerwonej papryki
  • 3-4 rzodkiewki
  • 1/2 ogórka
  • 2-3 zielone cebulki
  • 1 średnia marchewka
  • garść ulubionych kiełków (u mnie miks kiełków rzodkiewki, słonecznika, brokuła, fasoli mung i lucerny)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • po 1 łyżce czarnego i białego sezamu
  • sól, pieprz
Sposób przygotowania:
Łososia opłukujemy pod bieżącą wodą, osuszamy ręcznikiem papierowym, usuwamy ości. Kolendrę i papryczkę chili drobno siekamy, mieszamy ze skórką i połową soku z limonki oraz sosem sojowym, marynatę wykładamy na łososia, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy w 180 stopniach przez ok 15 minut lub gotujemy na parze. Makaron przygotowujemy wg instrukcji na opakowaniu. Paprykę kroimy w cienkie paseczki, marchewkę w słupki, rzodkiewki i ogórka w cienkie plasterki. Warzywa mieszamy z makaronem i kiełkami. Olej mieszamy z pozostałym sokiem z limonki, odrobiną soli i pieprzu oraz sezamem. Dressingiem polewamy sałatkę, na wiechu układamy kawałki łososia, posypujemy posiekaną zieloną cebulką.


SMACZNEGO!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Wieści zza Wielkiej Wody. Uwaga! Rzucam mięsem!

Nieco ponad trzy tygodnie temu, jak zwykle na ostatnią chwilę, zaczęłam pakować walizkę. Cały czas nie wierzyłam i chyba dalej nie do końca do mnie dociera to, że po wielu latach marzeń w teczce na stole obok leżał paszport z wizą, umowa o wakacyjną pracę i bilet do Stanów Zjednoczonych. Perspektywa 101 dni w kraju za Wielką Wodą przyprawiała mnie o dreszcze: z ekscytacji i ze strachu. Cieszyłam się na ten wyjazd jak dziecko, ale równie wielkie były moje obawy. Czy sobie poradzę, jak i czy w ogóle odnajdę się tak daleko od domu i w dodatku całkowicie sama, czy mój poziom znajomości języka angielskiego jest wystarczająco dobry i co jeśli moja walizka nie doleci ze mną?! Po trzech tygodniach na pierwsze pytania patrzę teraz z niedowierzaniem. Radzę sobie, odnajduję się tu świetnie, wcale nie jestem sama, bo szybko poznałam przyjaznych i otwartych ludzi, a mój angielski, jak się okazuje, jest wcale nie najgorszy. Ach! No i walizka na moje szczęście nie przeleciała kolejnych tysięcy kilometrów, wylądowała w Nowym Jorku razem ze mną :) 

O samym NYC póki co cicho-sza. W Mieście spędziłam tylko 1 noc, miałam ambitny plan nocnego zwiedzania, ale po 12 godzinach w podróży, przejażdżce metrem i półgodzinnym spacerze z dwiema walizkami po Manhattanie w celu odnalezienia hostelu byłam tak padnięta, że sił starczyło mi na szybki prysznic, zjedzenie kanapki, którą mama zrobiła mi drogę i padłam do spania jak mucha. Ale nic straconego. Jeszcze tam wrócę w te wakacje. Nie raz i nie dwa :)


W niedzielę 22 czerwca z dwiema innymi Polkami (pozdrawiam Oleczkę i Anetkę! :)) dotarłam do Allentown, trzeciego co do wielkości miasta w Pensylwanii, gdzie do września będziemy pracować w parku rozrywki Dorney Park&Wildwater Kingdom. Po kilku godzinach załatwiania formalności w biurze HR zostałyśmy zawiezione na teren lokalnego college'u, zostawiłyśmy walizki w pokoju i czym prędzej udałyśmy się na pierwszy w Hameryce obiad. Postanowiłyśmy nasz przyjazd uczcić prawdziwie amerykańskim jedzeniem: były frytki, hambuksy, napoje z dolewką i lody. Najedzone jak dzikie bąki wróciłyśmy do naszych 'dormów'. Z planowanej tego wieczoru imprezy nic nie wyszło, byłyśmy tak zmęczone, że poszłyśmy spać.

Biblioteka





Następnego dnia czekało nas szkolenie, po nim okazało się, że już we wtorek zaczynam swoją pracę. W poniedziałek właśnie przeżyłam swój pierwszy i jedyny jak dotąd kryzys. Oczekiwania zmieszały się z rzeczywistością i miałam naprawdę olbrzymie obawy jak ja dam radę. Ale daję radę, jest ciężko, bo pracę mam dość monotonną i męczącą, ale moi nowi znajomi z pracy skutecznie umilają mi ten czas (pracuję w zespole międzynarodowym: Polska, Ekwador, Słowacja, Chiny, Bułgaria, Jamajka i Ameryka to mieszanka wybuchowa :) ). Po godzinach mamy możliwość darmowego wstępu do parku z czego umiarkowanie korzystamy, bo wiadomo - ile można spędzać czasu na terenie pracy ;) Przez ten czas wypróbowałam już większość najstraszniejszych według mnie rollercoasterów i atrakcji, kilka z nich wciąż jeszcze przeraża mnie za bardzo, ale myślę, że do końca swojego pobytu tutaj w końcu się na nie skuszę.




Po pracy integrujemy się w międzynarodowym gronie -  w sumie na terenie kampusu zajmujemy 3 akademiki. Jest dużo Polaków i Tajwańczyków, mnóstwo ludzi z Ameryki Południowej i z krajów europejskich jak Słowacja, Czechy, Bułgaria. Teren college'u jest przeuroczy, mamy tu pełno zieleni więc często urządzamy sobie pikniki. Zajadamy Reese's w ilościach hurtowych, poprawiamy lodami i popijamy winem, które, co ciekawe, jak cała reszta alkoholi, nie jest ogólnodostępne. Są tutaj specjalne liquor stores, w marketach alkoholu nie ma w ogóle, a piwo np jest sprzedawane w wielopakach (najczęściej 24 sztuki). Z innych ciekawostek, w porównaniu z pozostałymi produktami spożywczymi w rozmiarach XXL, piwo jest w rozmiarze XS, w puszkach jak Coca-Cola. Ale o tutejszym jedzeniu i spostrzeżeniach na jego temat napiszę w osobnym poście :)

Tyle w dzisiejszym odcinku nowej serii amerykańskiego serialu na Yummy Lifestyle. Z pewnością co jakiś czas pojawi się kolejna relacja z moich poczynań w USA. W kolejnych epizodach poczytacie na pewno o wspomnianym już jedzeniu i innych wrażeniach na temat życia w Ameryce i zwyczajów tutejszych mieszkańców. Będzie też o wycieczce do Atlantic City, które jest nazywane Las Vegas Wschodniego Wybrzeża i o innych przejażdżkach, które już planujemy :)

Tym zdjęciem wygrałam konkurs fotograficzny dla uczestników programu Work&Travel.
Tematem było oczywiście świętowanie 4 lipca :)
Fajerwerki z okazji 4 lipca
A teraz czas na obiecane rzucanie mięsem. Na fanpage'u bloga padło pytanie, kiedy ugotuję coś amerykańskiego. No i nie mogłam długo czekać. W ubiegłym tygodniu, wykorzystując fakt, że skończyłyśmy pracę nieco wcześniej niż o 21, przechadzając się między półkami pobliskiego marketu postanowiłyśmy zrobić sobie na kolację iście amerykańskie danie. Hamburgery już były, przyszedł czas na steki. Przyznam się bez bicia, że był to dopiero mój drugi raz w życiu kiedy je jadłam, a przede wszystkim przygotowywałam. Stres był o tyle duży, że w akademiku podczas gotowania każdy ma sporą widownię (kuchnia jest usytuowana w połowie piętra) a dodatkowo gotowałam nie tylko dla siebie. Jednak podołałam zadaniu, Olga była zachwycona, jak również kilku innych Polaków, którzy narobili sobie takiego smaka, że sami postanowili rzucić mięcho na talerz i planują przygotować podobną kolację :) Tak więc przed Wami, Drodzy Czytelnicy, najprawdziwszy amerykański stek z wersji Yummy Lifestyle. Bierzcie i dzielcie się nim wszyscy, albowiem jest doprawdy wyborny!


Stek idealny
Składniki (na 2 porcje):
  • 2 świeże steki o grubości ok 3-4 cm
  • 3 łyżeczki masła
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • świeżo zmielony pieprz cytrynowy
  • chili
  • sól
  • do podania:
  • puree ziemniaczane, szparagi, fasolka szparagowa, groszek gotowany na parze

Sposób przygotowania:
Steki wyciągamy z lodówki przynajmniej godzinę przed smażeniem, muszą być w temperaturze pokojowej, aby nie obniżyć temperatury patelni. Steki oprószamy świeżo zmielonym pieprzem i odrobiną chili. Patelnię mocno rozgrzewamy, topimy na niej po 2 łyżeczki masła i dodajemy olej rzepakowy (jeśli smażycie oba steki równocześnie, ja ze względu na małą patelnię smażyłam je oddzielnie, wtedy rozgrzewamy 1 łyżeczkę masła z 1 łyżką oleju). Tłuszcz musi być bardzo mocno rozgrzany. Steki smażymy obustronnie, czas smażenia dopasowujemy do indywidualnych potrzeb i gustu. Na steki o średnim stopniu wysmażenia należy przeznaczyć 1 minutę na każdy cm mięsa z każdej strony (czyli mając stek o grubości o 4 cm smażymy go po 4 minuty z obu stron). Chcąc uzyskać krwiste steki smażymy je nieco krócej, dobrze wysmażone chwilę dłużej. Po usmażeniu steków odstawiamy je na kilka minut przykrywając folią aluminiową. Steki przyprawiamy solą dopiero przed podaniem, nigdy przed smażeniem. Przed podaniem na stek kładziemy pół łyżeczki masła, serwujemy z ulubionymi dodatkami, w naszym przypadku było to puree ziemniaczane i szparag.
Jeśli macie jakieś uwagi i sprawdzone triki dotyczące steków podzielcie się nimi w komentarzach :)

SMACZNEGO!

Durszlak.pl