Czemu wciąż nie mam pięknie umięśnionego brzucha. | Prażona ciecierzyca.

08:10 Kinga B. 2 Comments

Lato już za 2 miesiące, a ja dalej ociągam się ze swoim noworocznym postanowieniem zrzucenia kilku kilogramów i ciężkiej pracy nad swoim zwiotczałym ciałem. Przez chwilę (jakieś 3 tygodnie) namiętnie spalałam kalorie z pomocą ukochanej Jillian Michaels i mniej lubianej, ale dość skutecznej Ewy Chodakowskiej, ale później wyjechałam na kilka dni, zaburzyło to mój rytm i plan ćwiczeń i cały trzytygodniowy wysiłek poszedł się paść (właściwie to wręcz dosłownie). Tak samo zazwyczaj kończy się przechodzenie na dietę. Przez całe swoje życie jedyną dietą, którą stosowałam i do której od czasu do czasu wracam jest South Beach. Lubię ją, bo nie muszę się głodzić, a kilogramy lecą w dół. Dwa tygodnie pierwszej fazy zazwyczaj wydają się być jakimś niemożliwym do przejścia piekłem, ale później jest już tylko lepiej. Problem polega na tym, że gdy w końcu udaje mi się dobrnąć do fazy numer 2 i powoli włączam do diety kolejne produkty zbożowe czy owoce to w pewnym momencie tracę nad sobą kontrolę i przestaję pilnować dietowych zaleceń. Makaron wsuwam jak przed dietą, zamiast jednej bułki pełnoziarnistej zjadam pół bochenka chleba (bo akurat nic innego nie ma do jedzenia), a owoce to przecież samo zdrowie i zjadam je kilogramami. I tak oto mój brzuch wciąż nie jest taki jakbym chciała, skóra pozostawia wiele do życzenia, a nawyki żywieniowe wołają o pomstę do nieba. Domyślam się, że nie jestem jedyną osobą z takim problemem i pewnie nie tylko ja zastanawiam się, jak w końcu temu zaradzić.

Z czego wynikają ciągłe niepowodzenia i jak sobie z nimi poradzić? Oto kilka przykładów:
1. Stawiasz sobie mało realne cele.
Jeśli myślisz, że uda Ci się w 2 tygodnie schudnąć 10 kilo, bo wcześniej Ci się nie chciało, a akurat "wypadają" Ci wtedy wakacje, to możesz właściwie od razu zacząć godzić się z porażką. Mówię tu o zdrowych metodach, a nie o pomysłach rodem z kosmosu. Zakładając, że uda Ci się pozbyć zbyt dużej ilości kilogramów w krótkim okresie czasu, sam skazujesz się na niepowodzenie. Załóżmy, że w połowie założonego czasu na schudnięcie zauważysz, że pozbyłeś się 30% tego ile już powinieneś stracić. Czym to prawdopodobnie będzie skutkowało? Albo utratą zapału i kompletnym porzuceniem dalszej próby utraty wagi, albo wręcz przeciwnie - przejście do drastycznych, zapewne niezdrowych środków, aby cel osiągnąć. Ani jedno, ani drugie rozwiązanie nie jest ok.
Co zrobić, by temu zapobiec? Przeanalizuj dokładnie swoje możliwości, stan swojego zdrowia i inne wypadkowe i postaw sobie cel, który będzie możliwy do osiągnięcia. Osoby, które mają większą wagę wyjściową i są gotowe zmienić swój sposób odżywiania i trzymać się wszelkich zaleceń (lekarzy, dietetyka, trenerów personalnych itp.) mogą zapewne liczyć na szybsze efekty i większą liczbę utraconych kilogramów. Ci, którzy mają niewiele do zrzucenia lub właściwie wg. otoczenia nie mają co zrzucać będą musieli bardziej uzbroić się w cierpliwość. Co jednak tyczy się jednych i drugich?
"Przez lata doświadczeń w klinikach medycznych dowiedziono bez cienia wątpliwości, że gdy tracisz więcej niż kilogram wagi ciała, zawsze tracisz przy tym mięśnie razem z tłuszczem. Im wolniej tracisz na wadze, tym łatwiej jest zachować tkankę mięśniową i spalać sam tłuszcz. Lepiej jest spalać 0,5 kg tłuszczu tygodniowo niż stracić 1 kilogram z czego 0,5 kg to masa utraconych mięśni."
 I tej zasady radzę się trzymać. Niezależnie od tego ile masz do zrzucenia, podziel tę liczbę przez 0,5/0,75 kg a otrzymasz liczbę tygodni, która pozwoli na zdrową utratę wagi. 

2. Masz słomiany zapał.
Ja go na pewno mam. Bardzo szybko poddaję się w walce o ciało jakie chciałabym mieć tylko dlatego, że: za bardzo lubię jeść, uwielbiam słodycze, zamiast przysiadów robię skok na kanapę z komputerem i oglądam filmy. Oczywiście w takich momentach gdzieś z tyłu głowy pojawia się poczucie winy i myśl "ale ze mnie cienias, zamiast fajnego ciała na wakacje będę miała wciąż utrzymaną oponę zimową". Powoduje to bunt i kilkudniowy powrót do ćwiczeń, a później znowu nie robię nic, bo praca, bo uczelnia, bo impreza, bo coś. 
Skąd wziąć motywację do działania? Proponuję znaleźć partnera do przejścia przez tę batalię. Może to być przyjaciółka, która także chce schudnąć, Twój życiowy partner/partnerka, siostra, brat, mama, sąsiadka, ktokolwiek. Niech kto będzie ktoś, kto będzie miał taki podobny cel i w razie Twojej niechęci kopnie w tyłek i namówi na aktywność fizyczną lub na smoothie ze szpinakiem zamiast szklanki coli. We dwójkę/w grupie raźniej, jeśli będziecie się wzajemnie motywować, to na pewno razem będziecie także świętować tryumf. 

3. Katujesz się złymi dietami/zmuszasz się do rodzaju aktywności, którego nie lubisz.
Całkowite rezygnowanie z produktów, które kochasz, czy przechodzenie na niezdrowe diety to na pewno nie klucze do sukcesu. Wciskanie na nogi butów do joggingu jeśli biegania nienawidzisz od podstawówki też na pewno nie pomoże w osiągnięciu cieszących efektów.
Rozwiązanie jest proste! Nie musisz przechodzić na konkretne diety, żeby cieszyć się zdrowiem i fajnym ciałem. Zrezygnuj z niezdrowych przekąsek, gazowanych i słodzonych napojów, ciężkich/tłustych potraw i zabójczej ilości słodyczy. Zamień je na wodę mineralną czy zieloną herbatę, zdrowe snacki przygotowane w domu, owoce i lekkie dania. Co do aktywności - wypróbuj kilka opcji, znajdź to co pokochasz i będzie Ci sprawiało przyjemność. Wsiądź na rower, idź na basen, weź do ręki skakankę albo przynajmniej zabierz koleżankę na spacer i zdecyduj co powoduje uśmiech na Twojej twarzy.

4. Twój cel wydaje się zbyt odległy a droga do niego zbyt kręta.
Wiadomo nie od dziś, że nic nie ma za darmo. Dotyczy to także zadbanego ciała, dobrej kondycji itp. Kilogramy same się nie zrzucą, mięśnie same się nie wyrzeźbią. Osiągnięcie Twojego celu zapewne zajmie trochę czasu i będzie okupione ciężką pracą, hektolitrami potu i garścią wyrzeczeń (chyba, że masz to szczęście, że natura obdarzyła Cię fantastyczną przemianą materii i nawet najmniejsza dawka sportu wystarcza, żebyś wyglądał/a dobrze). Jest to wstanie ostudzić największy nawet zapał i odebrać chęć do dalszej walki o swoje ciało.
Jak się z tym uporać? Podziel swój cel na etapy. Nie od razu Rzym zbudowano, więc i praca nad ciałem nie będzie trwać przez tydzień czy dwa. Po osiągnięciu kolejnego etapu zadbaj o nagrodę dla samego/samej siebie. Wiadomo, że nie chodzi tu o ulubione ciastko czy litr piwa. Kup sobie coś co od dawna chciałeś/chciałaś mieć, paniom polecam jakiś odprężający zabieg kosmetyczny, panom... w sumie też ;) Dobry masaż chyba jeszcze nikomu nie zaszkodził? Chodzi o to, żeby małą nagrodą zmotywować się do dalszego działania. Moją nagrodą tym razem ma być nowy tatuaż, co w miarę działa (ale pewnie tylko do pewnego czasu :P).

Chętnie przeczytam co Wam przeszkadza w osiągnięciu celu i jak sobie z tym radzicie, a jeszcze chętniej jak Wam nic nie przeszkadza i jak fantastycznie radzicie sobie z własną drogą do wymarzonych efektów ;)

A przy okazji zapraszam na zdrową przekąskę, zgodną z I fazą diety South Beach, więc gdybyście akurat ją stosowali i najdzie Was ochota na coś chrupkiego sięgnijcie po prażoną ciecierzycę. A jeśli nie stosujesz tej diety, to i tak skorzystaj z przepisu - przekąska ta jest tysiąc razy lepsza i zdrowsza od chipsów czy innych paluszków ;)


Prażona ciecierzyca
Składniki:
  • 1 szklanka ciecierzycy (ugotowanej do miękkości lub z puszki)
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1/3 łyżeczki curry
  • 1/3 łyżeczki imbiru
  • 1/3 łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka czerwonej pasty curry
  • 1 łyżeczka sosu Worcestershire
  • 1 łyżeczka sosu sojowego
  • olej rzepakowy lub oliwa
Sposób przygotowania:
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. W szklance mieszamy przyprawy, dodajemy sosy i olej/oliwę w takiej ilości, aby uzyskać gęstą, płynną konsystencję marynaty. Dodajemy ją do ciecierzycy i dokładnie mieszamy, aby wszystkie ziarna były nią poryte. Ziarna wysypujemy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy ok pół godziny, co 10 minut ciecierzycę mieszamy, aby się nie przypaliła. Podajemy po ostudzeniu.

SMACZNEGO!

2 komentarze :

  1. Hej! Moja droga z odchudzaniem zaprowadziła mnie aż do dietetyka (250zł :/) po prawie dwóch miesiącach stosowania przypisanej diety schudłam może kilogram bo nie do końca restrykcyjnie przestrzegałam zaleceń.. później przeżyłam dwa tygodnie stresu i nie przespanych nocy i schudłam w końcu te 4kg :D przez to non stop się boje że znowu przytyję i bardzo staram się trzymać jakiegoś zdrowego odżywiania.. także moim zdaniem nie ma złotego środka.. jedynym takim środkiem może byś silna wola bo albo schudniesz tak jak ja pod wpływem stresu a później sumienie nie pozwoli Ci przytyć albo zaczniesz dietę i sumienie nie pozowoli CI wpieprzać słodyczy :P

    OdpowiedzUsuń

Wybaczcie moderację obrazkową komentarzy, ale na YL zaczęło się pojawiać mnóstwo SPAMu i mam nadzieję, że powstrzyma to pojawianie się linków i komentarzy niewiadomego pochodzenia ;)